
Jak nie łowić leszczy, a karpie. Poradnik Karpmax
2024-02-19
Sprzęt karpiowy na krótkie zasiadki. Absolutne minimum – lista
2024-02-19Panie, tu nie ma ryb!? Karpiowanie na czas

Narzekamy na permanentny brak czasu, a ponadto żyjemy w czasach instant – tu i teraz. Jedzenie jest fast, życie jest fast, więc i wędkarstwo karpiowe jest fast. Może czas to zmienić?
W ciągu ostatnich kilku lat również popadłem w ten stan braku czasu i chęć posiadania wszystkiego na już. Ryby również chciałem łowić od ręki. Najlepiej przyjechać na łowisko, szybko wywieźć zestawy i przed zaparzeniem pierwszej kawy zapozować z rybą do zdjęcia.
Wielki karp 34 kg
Niewątpliwie przyczyniły się do tego media społecznościowe oraz rozwój łowisk prywatnych, gdzie pogłowie karpi jest na tyle duże, że o wiele łatwiej jest złowić upragniony okaz. Muszę przyznać, że moment, w którym „zwolniłem”, nastąpił 3 lata temu. Podczas zaplanowanej na kolanie zasiadki na Chorwacji udało mi się wyholować moje PB – lustrzenia o masie 34 kg. Zrozumiałem wówczas, że osiągnąłem próg, którego mogę już nigdy nie przekroczyć. Nie da się ukryć, że jest to już bardzo duża ryba. Jasne, mogę celować w „30” z innych łowisk czy państw. Natomiast zrozumiałem wówczas, że ryba rybie nie jest równa i czasami dwudziestka czy nawet dycha z innego zbiornika potrafi cieszyć jak ta magiczna trzydziestka.

Jak złowić karpia? Po pierwsze – cierpliwość
Nie da się ukryć, że wędkowanie w wodach publicznych, związkowych czy po prostu PZW jest czasochłonne – tak z założenia. Niestety, ale mamy nikłe szanse, żeby przyjechać ot tak na nockę, wrzucić trzy rakiety czy zestaw z PVA i wyholować okazałego karpia. Na pewno zdarzają się takie zbiorniki, jednak jest ich niewiele. Natomiast tym tekstem chciałbym stać się trochę adwokatem diabła i udowodnić, że „Panie, ale tu są ryby”, tylko ich złowienie wymaga czasu.
Pierwsze zachłyśnięcie i powrót na PZW
Po wielu latach spędzonych na PZW, z których kilka ostatnich było coraz gorszych, wybrałem się z bratem na pierwszą wodę prywatną. Nie podam jej nazwy, ponieważ zrobiła na mnie bardzo złe wrażenie. Klasyczny dołek pośrodku pola, a do tego ryby, które brały tylko jak wywiozło się zestaw modelem pod drugi brzeg (idealne rzuty w to samo miejsce nic nie dawały). Spędziłem tam trzy dni i więcej nie wróciłem. Minęły kolejne 2–3 suche sezony i pojechałem na inne otwierające się właśnie łowisko.
Zbiornik ładny, zadbany i do tego bez zmanierowanych ryb. Muszę przyznać, że jeździłem tam jakieś 3–4 lata i chwaliłem sobie tamtejsze wędkowanie. Jednak z czasem łapałem się na tym, że po weekendowej zasiadce, podczas której złowiłem 15–17 ryb, te przestawały mnie cieszyć. Jeden rocznik, podobna walka i generalnie wszystko podobnie. W związku z tym odpuściłem, choć nadal mam do tej wody sentyment i kibicuję właścicielom, bo robią dobrą robotę.

Czym jest jednak owe „pierwsze zachłyśnięcie”, właściwie już wyjaśniłem. Na początku czułem się super, nawet dowartościowany, że potrafię w weekend złowić tyle karpi co łowi się podczas całego sezonu. Jednak te ryby szybko się nudziły. Podobnie było na innych prywatnych wodach. Dlatego też z czasem wróciłem na wcześniej odpuszczone wody PZW, z tą jednak różnicą, że byłem bogatszy o pewne doświadczenia.
Prywatne łowiska karpiowe – tam można się wiele nauczyć
Łowiska prywatne mają dla mnie jedną wielką zaletę – są dobrym poligonem doświadczalnym dla nowych zestawów, technik czy sprzętu. Dla przynęt może mniej, ale pewnie też. Dlaczego? Otóż, jeżeli jesteśmy w stanie w trakcie kilkudniowej zasiadki zaliczyć 10, 20 czy 30 brań, to możemy eksperymentować z zestawami, długością włosa, nowymi hakami czy sprzętem. Dla przykładu, jeśli na wodzie PZW każde branie jest na wagę złota i czekamy na nie nieraz kilka dni, to zwyczajnie boję się eksperymentować z zestawami. Odmiennie sytuacja wygląda na wodzie prywatnej, gdzie mogę spodziewać się większej liczby odjazdów. Wówczas łatwiej skusić się na testy nowych rozwiązań. Po prostu, zepnie się to trudno, nie ten, to inny. Muszę przyznać, że po kilku latach wędkowania na łowiskach prywatnych nauczyłem się wielu nowych rzeczy, wzbogaciłem się o pewne umiejętności, które później procentowały na wodach związkowych. Dlatego też chciałbym zaznaczyć, że nie krytykuję takiego wędkowania, ale z czasem zacząłem doceniać inny styl karpiowania.

Zbiornik zaporowy w Przeczycach
Karpie łowię od około 18 lat, w tym czasie wielokrotnie wraz z kompanem okupowaliśmy zbiornik zaporowy w Przeczycach (Okręg Katowice). Jest to łowisko powstałe w latach 60. i zajmuje około 450 ha powierzchni. W związku z tym uważam je za całkiem przyzwoitego przeciwnika. Od 2007 roku wielokrotnie odbywaliśmy zasiadki karpiowe na tej wodzie. Szukaliśmy różnych miejsc, głębokości czy stosowaliśmy odmienne przynęty. I nic. O przepraszam, były leszcze. Generalnie większość śląskich wędkarzy postawiło dawno krzyżyk na Przeczycach. Natomiast mnie i Michała zawsze ta woda pociągała. W tym sezonie przyjaciel zaproponował kolejne starcie. Jasne! Mnie nie trzeba długo namawiać, bo ciągle mam rachunki do wyrównania z tą wodą.

W pierwszej dekadzie sierpnia Michał rozpoczął nęcenie. Solidnie wysondował łowisko, zaznaczył interesujące miejscówki i wrzucił do wody łącznie może z 300 kg zanęty (ziarna, orzechy, kulki). Po około dwóch tygodniach przygotowań zaczęliśmy zasiadkę. Pierwsza noc – cisza, druga – delikatne branie, a w zasadzie strącenie swingera. Ostatecznie postanowiłem popłynąć po rybę i był to dobry pomysł. Na mój zestaw połakomił się nieduży, bo około 3 kg karp. Mały, ale jest – pierwszy z tego zbiornika.Szybko wracam na brzeg i po pamiątkowej fotce wypuszczam rybę. Adrenalina podskoczyła niesamowicie, w końcu jakiś karp zainteresował się naszą stołówką! Po kilku godzinach mieliśmy kolejne delikatne branie, jednak nie udało się wyholować ryby.
Nastał dzień i ponownie cisza, jednak w duchu czekałem na noc. Przeczucie mnie nie myliło, wieczorem kolejne branie i tym razem łuskacz o masie 7,8 kg. Piękna ryba, z czystymi wargami, od razu widać, że nie była wcześniej na haku, a jeśli tak to bardzo dawno temu.

Nad ranem Michał zaliczył swoje branie i wyciągnął mniejszego karpia, bo niespełna 4 kg. Przyszedł czas na pakowanie i podsumowanie tej zasiadki. Ktoś z was może powiedzieć, że podniecam się małymi rybami, a za cenę wrzuconej zanęty mielibyśmy już świetną zasiadkę na „dobrej wodzie”. Zgadza się, to prawda. Natomiast dla mnie ta ósemka ma większe znaczenie niż wiele innych karpi, które mają swoje imiona oraz sine wargi. Czy pływają w tym zbiorniku 15+, 20+? Nie wiem, może tak, a może nie. Rozpoczynając nęcenie i zasiadkę, zdawaliśmy sobie sprawę, że jedziemy na trudny i przez lata zniszczony zbiornik. Naszym podstawowym celem było złowić cokolwiek, drugi próg to 5+, trzeci 10+, a wszystko ponad tę wagę byłoby bonusem. Zasiadka już za nami, a mnie już w duszy gra powrót i szukanie kolejnych cyprinusów zamieszkujących zbiornik w Przeczycach.

Łowiska prywatne kontra PZW?
Moją intencją nie jest krytykowanie łowisk prywatnych czy karpiarzy tam łowiących. Każdy z nas ma prawo wędkować, gdzie chce. Jednak irytują mnie hasła z gatunku: „Panie, tu nie ma ryb”, „Wszystko zjedzone” itd., wypowiadane przez osoby, które nawet nie próbują tej ryby poszukać w danym łowisku. Przeczyce to niejedyny zbiornik, w którym coś jeszcze pływa. Niemal każdego dnia, wertując profile o tematyce wędkarskiej, grupy dyskusyjne czy media, można natrafić na zdjęcia ryb oznaczonych jako „PZW”. Gdy niemal dwie dekady temu wspólnie z bratem i kolegami zaczynaliśmy wypuszczać złowione ryby, patrzono na nas jak na wariatów. Jednak z czasem widać, że coś się zmienia, świadomość, podejście, jak zwał tak zwał – coś drgnęło. Na pewno przyczyniły się do tego media wędkarskie, media społecznościowe oraz my sami – karpiarze wypuszczający ryby, tłumaczący, o co w tej zabawie chodzi. W związku z tym liczę, że za kilka lat na serio złowienie dwudziestokilogramowego karpia w wodzie PZW nie będzie czymś niemal nieosiągalnym, a także faktem, który należy chronić przed opinią publiczną, w obawie o swoje łowisko. Powodzenia!





