
Jezioro Miłoszewskie
2024-02-21
Po 30 latach złowił królową – o tym piszemy w Karp Max 1-2024
2024-02-22Siłacz – wyczekany karp z dzikiej wody. Opowieść Karpmaxa

Dopiero o poranku, w świetle wschodzącego słońca mogłem w pełni podziwiać Siłacza, bo tak właśnie nazwałem muskularnego golca jubilata, który stał się moim 10. polskim karpiem powyżej 20 kg, złowionym na różnych dzikich wodach.
Środek nocy. Wyskakuję ze śpiwora, jednak tym razem to nie dźwięk sygnalizatora, ale koszmarny sen mnie budzi. Po przebudzeniu zmysły wyostrzone, a w oddali niesie się huk tego czegoś, co postawiło mnie na równe nogi. Dopiero po chwili udało mi się ustalić przyczynę tego zajścia, a było nią echo powalonego wielkiego drzewa, którego długa historia życia właśnie zakończyła się za sprawą mieszkających tu bobrów.
To już kolejny kilkunastogodzinny wypad na łono natury po kilkumiesięcznej przerwie. Pomimo faktu, że nie wypracowałem żadnego brania, to samo przebywanie w tym wyjątkowym zakątku ciszy i spokoju, z wyłączonym telefonem, jest już w pełni satysfakcjonujące. Długie okresy oczekiwań nie są już dla mnie żadnym wyzwaniem i z perspektywy lat przybrało to całkiem inny, skrajny wymiar.

Kiedyś nie mogłem się doczekać brania. Chciałem ich mieć jak najwięcej, dziś z kolei długie przerwy między nimi działają na mnie pozytywnie, gdyż wiem, że kolejne, prędzej czy później nastąpi, a im dłuższe oczekiwanie, tym radość i emocje są zdecydowanie silniejsze. Zawsze przypominam sobie słowa pewnego łowcy, który zapytany, jaki był miniony sezon, odpowiedział, że był świetny, pomimo tego, że nie złowił żadnego karpia. Stwierdzenie, które wówczas wywoływało uśmiech na twarzy i raczej było mało wiarygodne, teraz po latach nabrało nowego wydźwięku. Musiało minąć sporo wędkarskich sezonów, żeby zrozumieć jego głębszy przekaz.
W końcu, po długiej zimowej przerwie, stale podsycany różnymi zdjęciami i doniesieniami w necie, które dodatkowo podnoszą napięcie, znów jestem na swoim stanowisku na jednej z dzikich, zapomnianych wód.

Mój karpiowy rynsztunek, jak co roku, został poddany weryfikacji i dostosowany do wymogów łowiska. Trend sprzed lat, zbieractwa i doposażania w różne nowości sprzętowe nabrał skrajnie innego kierunku i obecnie, co roku stale ograniczam ilość, a zarazem objętość niezbędnego ekwipunku. Jednak w tym sezonie nie obyło się bez nowości, a na wyposażeniu pojawiła się nowa łódka wyposażona w technikę rodem z NASA. Kiedyś była abstrakcją, a dziś to wędkarska klasyka.
Ostatnie modyfikacje wymagały stworzenia kompaktowej maty, która zapewni maksimum bezpieczeństwa, a zarazem będzie ją można schować w pokrowcu na wędki i tym samym pozbyć się dodatkowego tobołka. Z kawałka karimaty została wycięta podstawa oraz burty, które obszyte mocnym ortalionowym materiałem stworzyły świetny produkt finalny. Dla łatwego składania burty zostały wolne, a za ich trzymanie odpowiadają paski na rzepy. Baniak z wodą został zastąpiony dużymi plastikowymi butlami, które bez problemu wpasowały się w przestronnej torbie i tym samym pozbyłem się kolejnego wolnego bagażu.

Tej nocy wyjątkowo długo czuwałem przy kijach, jak bym wyczuwał, że coś wisi w powietrzu. Miejscowa sowa z pułapu stojącego obok drzewa skanowała stale otaczający ją teren, ja zaś byłem zdany wyłącznie na swój wyostrzony słuch.
Gdzieś w środku nocy dobiegł dźwięk mojego sygnalizatora, co z kolei skutkowało natychmiast włączeniem mojej latarki. W tym właśnie momencie, kiedy wiązka światła oświetliła bombkę, ta ruszyła pod kij, po czym stanęła w przelotce. Doskok do kija, jednak zanim złapałem za dolnik, wszystko zamarło w bezruchu. Sprawdzam żyłkę, która, mocno naprężona, dała mi do zrozumienia, że coś jest na drugim końcu. Kij w górę, a statyczny opór potwierdza przypuszczenie i powoli spokojnie holuję, pompując jegomościa na drugim końcu, który nie wykazywał zbytniej aktywności.

Po kilkunastu minutach, kiedy ów nieznajomy już znajdował się tuż pod powierzchnią, w niedalekiej odległości od brzegu akcja nabrała skrajnie innego obrotu. Szpula kołowrotka ruszyła powolnym tempem, a moja dwuipółfuntówka poszła w pałąk. Po kilkunastometrowym odjeździe nieznajomy postanowił stanąć przy dnie i zajęło mi kilka minut, zanim znów ruszył w stronę zbiornika, wybierając powoli i dostojnie kolejne metry żyły. Ten scenariusz powtarzał się tyle razy, że przestałem już liczyć odjazdy, spoglądając na zegarek odliczający czas, a ten ku mojej uciesze płynął i płynął.

Kiedy minęło pół godziny holu, wiedziałem, że na drugim końcu jest nie byle jaki dostojnik, natomiast, kiedy pękła 40 minuta, stwierdziłem, że to chyba najdłuższych hol, jakiego miałem przyjemność doświadczyć. Karp stale miał jedną strategię powolnych niezbyt długich odjazdów. Na końcu „cumował” przy dnie, jakby doskonale wiedział, jak oszczędzać siły i tym samym nie pozwolić się wyciągnąć ze swego środowiska. Dopiero kiedy minęła 50 minuta tego epickiego holu, potężny golec wyłożył się na powierzchni tuż pod szczytówką mojego kija, a chwilę potem leżał zmęczony po tym niesamowitym holu, który na zawsze zostanie w moim bogatym pamiętniku wspomnień znad wody.
Dopiero o poranku, w świetle wschodzącego słońca mogłem w pełni podziwiać siłacza, bo tak właśnie nazwałem muskularnego golca jubilata, który stał się moim 10. polskim karpiem powyżej 20 kg, złowionym na różnych dzikich wodach i zarazem najwaleczniejszym cyprinusem, z którym miałem zaszczyt się spotkać.
Autor: Jacek Lorenc






