
Sprzęt karpiowy na krótkie zasiadki. Absolutne minimum – lista
2024-02-19
Brania karpi w zimnej wodzie – taktyka jednej kulki. Poradnik Karpmax
2024-02-19Lista karpiowych niepowodzeń – co zrobić by nie zniechęcić się do karpiowania. Poradnik Karpmax

Wielkimi krokami nadchodzą wiosenne miesiące. Zanim jednak wyruszę na karpie, chcę zrobić analizę moich błędów popełnianych podczas dotychczasowych zasiadek. Wspomnę też o tym, jak łowiąc na różnego rodzaju wodach, nauczyłem się cierpliwości i pokory, bowiem powrót o blanku nie musi być porażką, jeśli popatrzymy na to z innej perspektywy.
W każdym sezonie karpiowym poza zasiadkami na dobrze znanych zbiornikach staram się odwiedzić kilka nowych wód. Najbardziej upodobałem sobie mazurskie jeziora oraz wody trudnodostępne, gdzie spotkanie z karpiem to nie lada wyzwanie. Do czasu pierwszych wyjazdów na takie akweny wydawało mi się, że już w jakimś stopniu opanowałem wiedzę na temat skutecznego łowienia. Obie wody bardzo szybko to zweryfikowały.
Tygodniowe zasiadki na akwenach, o których wcześniej miałem znikomą wiedzę to trudne wyzwanie, dlatego przygotowałem się sprzętowo najlepiej jak tylko mogłem. Ogromne zapasy towaru: ziarna, kulki zanętowe, pop-up i dopalacze w postaci płynnych pokarmów. Koszulki na przynęty przeciw rakom, bardzo mocne leadcory i strzałówki, tyczki do zaczepów, markery, łódka zdalnie sterowana, ponton, ogromne ilości najróżniejszych, ciężarków (rzutowych i do dalekich wywózek), dwa komplety wędzisk: elastyczne a zarazem bardzo mocne do dalekich rzutów oraz krótkie, wytrzymałe, ale wybaczające błędy. Nigdy nie wiadomo, co może się przydać i jakie warunki zastaniemy na nowej wodzie.
Na tego typu jeziorach miejsca na rozłożenie dużego i wygodnego namiotu nie było wcale, a całe obozowisko musiało się zmieścić na dosłownie kilku metrach kwadratowych. Tu sprawdził się brolly. Tydzień na nowej wodzie brzmiał ekscytująco i od razu po przygotowaniu stanowiska i rozłożeniu się przyszedł czas na obserwację wody. Był to pierwszy klocek w układance o nazwie: ten wyjazd nie może się udać. Po zapakowaniu samochodu zauważyłem, że jeden z płynnych karpiowych przysmaków wylał się na siedzenie. Nie, nie był to truskawkowy aromat. Kolejnym problemem były aż do wyjazdu porywy bardzo silnego wiatru i zacinający deszcz. Jak już przyjechałem, nie będę się przecież pakował z powrotem.

Pomysłów na umiejscowienie zestawów w wodzie były setki, co doprowadziło do ostrego bólu głowy. Będąc sam na jeziorze trzeba przede wszystkim dbać o zdrowie i bezpieczeństwo. Podczas sondowania na nowej wodzie w takich trudnych warunkach pogodowych łatwo o wypadek, dlatego kapok to konieczność. Uważam, że dobre sondowanie to podstawa sukcesu na każdej wodzie, dlatego pierwsze wypłynięcie z tyczką i stukadełkiem trwało ponad 4 godziny. Nietrudno się domyślić, że czas sondowania samotnie na obcej wodzie w deszczu i przy silnym wietrze był ogromnym wyzwaniem. Na domiar tego w pasie grążeli, w jakie został zniesiony ponton, próbując się uratować straciłem część wiosła, które już wcześniej było i tak w kiepskim stanie.
Kolejnych problemów ciąg dalszy. Miejsca wybrane, taktyka przemyślana. Wymiana przemoczonego kompletu ubrań i można ruszać dalej. Wybrałem bardzo trudno dostępne miejsca, przez co żyłki wchodziły do wody pod kątem 90 stopni. Snag earsy oraz przywiązanie rod poda do brzegu zabezpieczyły go przez wywrotką podczas brania lub z powodu silnego wiatru.
Taktyka była prosta: 48 godz. bez zmiany miejsca zestawów. Ryzykowne, ale będąc sam nie miałem innego wyjścia. Oczywiście nie byłoby tak różowo i nie pisałbym tego artykułu, gdybym tak łatwo coś złowił. Co 36–48 godzin zmieniałem przynęty przypony i zestawy. Tyczka podczas sondowania wbijała się ponad 50 cm w miękkie muliste dno, przez co musiałem intensywnie kombinować, jak zachęcić karpie do „schylenia się” po moją przynętę. Musiałem stosować długie przypony i odpowiednie ciężarki.

Ciągle wywózki spowodowały, że wszystkie ubrania, jakie miałem ze sobą były doszczętnie mokre. Ratowałem się ogrzewaniem i suszeniem z małego piecyka gazowego, ale wilgoć było czuć w powietrzu. Na domiar złego podczas którejś nocy jakieś osobniki, prawdopodobnie szczury, wyniosły z wiadra prawie połowę zanęty, jaką przygotowałem – kolejny powód, aby się załamać.
Kolejnej nocy obudzony dźwiękiem sygnalizatorów, pełen podniecenia wyskoczyłem do wędek, ale mój entuzjazm skończył się na niedowierzaniu. W dwa zestawy wpłynęły i trochę je ściągnęły… jelenie. Jak się później dowiedziałem, miejsce, w którym siedziałem było najwęższym miejscem na jeziorze i zwierzęta podczas migrowania z lasu na pola przechodzą właśnie w tym miejscu.
Przez niemal cały tydzień zasiadki pogoda, samotność oraz zrezygnowanie z powodu totalnego braku oznak żerowania doprowadziły mnie do małej depresji. Ostatnie dwa dni siedziałem w wilgotnej bluzie, koszulce i skarpetach – nie było już nic suchego. Straty materialne to kolejny powód, dla którego można było opaść z sił. Inną sprawą było to, co się działo w mojej głowie. Zaczęło się zadawanie pytań: Co robię źle? Gdzie popełniłem błąd? Dlaczego karpie omijają moje stołówki?

Moja determinacja na koniec wyjazdu została jednak doceniona prawie 12-kilogramowym karpiem, po 30 minutach holu, w zacinającym deszczu i zaczepach. Ręce mdlały, silnik wkręcił się w łodygi grążeli, ale bezpiecznie wróciłem do brzegu. Nie był to co prawda okaz, po jaki przyjechałem, ale chociaż po części wynagrodził przeżyciami, jakich dane mi było doświadczyć. Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Takie wyjazdy wiele uczą, nie tylko cierpliwości i pokory. Nie ma co się zrażać, jeśli jeden raz czy drugi wam nie wyjdzie.
Wszystkie dotychczasowe niepowodzenia pokazały mi, że to one budują. Na pierwszy rzut oka błędy i porażki demotywują. Często po powrocie z długiego wyjazdu i bez kontaktu z rybą zastanawiamy się, jak długo należy zrobić sobie przerwę od karpiowych przygód. Po wyjeździe, który opisałem na początku artykułu, myślałem, że do końca sezonu dam sobie spokój. Życie szybko to zweryfikowało. Weekend później byłem już na kolejnej wodzie z nowymi pomysłami i przemyśleniami. Tak to już w tym karpiowaniu bywa. Przytoczę tu cytat, który chyba zostanie w mojej pamięci do końca życia i motywuje mnie w trudnych momentach, nie tylko tych wędkarskich: Dlaczego upadamy? Abyśmy nauczyli się podnosić.
Podsumowując tę, ale również inne „felerne” zasiadki, zrobiłem listę głównych przyczyn moich karpiowych niepowodzeń. Myślę, że wiele z nich mogło być również waszym udziałem…
Sondowanie dna to podstawa
Błędem, który popełniałem podczas zaczynania przygody z karpiowaniem był brak rozeznania czy w łowisku są karpie i jak jest ukształtowane dno. Po prostu nie używałem markera ani echosondy. Myślałem, że wystarczy zarzucić przed siebie. Podać przynętę, zanętę i wystarczy czekać. Niestety, tak dobrze nie ma. Teraz wiem, że „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. Sondowanie dna to podstawa, to najważniejsza rzecz na nowym łowisku i warto poświęcić na to tyle czasu, aż będziemy pewni, że to jest miejsce, które chętnie odwiedzą karpie.

Cierpliwość to podstawa wędkowania
Przykładem kolejnego błędu, na który wielokrotnie sam się dałem nabrać, są zbyt duże przemyślenia nad wodą. Jeśli po kilku, kilkunastu godzinach zestawu w wodzie zadajecie sobie pytanie, czy wszystko jest ok? Może coś się splątało podczas rzutu? Może nie ma już przynęty na włosie? Może źle wywiozłem? Ze swojego doświadczenia powiem, że kiedyś brakowało mi cierpliwości i takie pytania zadawałem sobie bardzo często. Co się wtedy działo? Oczywiście zwijałem zestaw, coś poprawiałem, kombinowałem i znów lądował w wodzie. Najczęściej efektem tego były bardzo słabe wyniki. Brakowało mi cierpliwości. Oczywiście niejednokrotnie takie zmiany uratowały moją zasiadkę przed powrotem o tzw. blanku, ale to tylko pojedyncze przypadki.
Ostre haki
Nad wodą często możemy usłyszeć: „hak jest dość ostry, jeszcze jedna sztuka i zmienię na świeży”. Jest to częsty błąd. Pamiętam, jak podczas jednych z zawodów karpiowych rutyna zwiodła i mnie, bo w środku nocy nie chciało mi się zmieniać lekko zdewastowanego przyponu po kolejnej rybie. Domyślacie się, jak się skończyło – oczywiście spięciem ryby przy samym podbieraku. Dlatego polecam wszystkim, którym wydaje się, że po kilku braniach ich haczyk czy przypon nadal jest sprawny. Warto używać tylko sprawdzonych i dobrej jakości materiałów przyponowych.

Zapasowe baterie
Podstawowym błędem, jaki zdarza się niejednokrotnie podczas wyjazdów na kilka dni, jest brak zapasowych baterii w torbie i nie chodzi tu o jeden komplet, bo tak jak w moim przypadku zapasowy zestaw okazał się wyczerpany już od zakupu w sklepie. Wyobrażacie sobie siedzieć 4 dni bez sygnalizatorów? Spanie pod samymi wędkami, jeszcze w porze letniej jest możliwe, ale wczesną wiosną lub późną jesienią, nie ma opcji. Warto pamiętać o kilku zapasowych kompletach.
Nie zapomnij podbieraka
Wydaje się, że podbieraka nie da się zapomnieć zabrać z domu. Uwierzcie, da się. Zdarzyło mi się to już dwa razy. Na szczęście z pomocą przyszli moi wędkarscy przyjaciele i obyło się bez płaczu. Bo co zrobić będąc 300 km od domu na długiej zasiadce bez podbieraka? Wracać tyle kilometrów, zamówić kurierem na łowisko w środku lasu?

Brak statywu
Do tej pory tylko raz popełniłem ten błąd i nigdy więcej nie zamierzam do tego doprowadzić. Pakując się na pojedynczą noc chciałem jak najbardziej odchudzić sprzęt, więc wszystko spakowałem w plecak. Kije w lufy, a zamiast namiotu spanie na tylnym siedzeniu w samochodzie. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że nad wodą byłem sam jak palec, a w nocy do podbieraka wpadły dwa śliczne okazy. Jeden ponad 18-kilogramowy lustrzeń, a drugi 12-kilogramowy lampas. Jak zrobić ładne zdjęcia samemu w deszczową wiosenną noc, gdy statyw został w domu? To niemożliwe. Tak się skończyło moje odchudzanie sprzętu. Nie mam zdjęć tych ryb.
Odpowiedni ubiór na ryby
Decyzja o tym, jak w odpowiedni sposób dobrać odzież do warunków atmosferycznych, jest problemem, z jakim borykają się najczęściej młodzi karpiarze. Poza wędkami, kołowrotkami czy haczykami należy pamiętać, że ubrania to nasza druga skóra. Ochrona przed deszczem czy mrozem nie tylko zwiększa komfort spędzania wielu godzin nad wodą, ale także zabezpiecza nas przed przeziębieniem. Podczas jednego z wyjazdów, podczas wychodzenia z pontonu stromy brzeg z piasku osunął się, a ja wpadłem do wody. Cały przemoczony i bez zamiennego kompletu odzieży z pewnością następnego dnia byłbym chory. Uratowało mnie rozpalenie ogniska, osuszenie siebie oraz w pewnym stopniu ubrania, w którym byłem. To był jedyny ratunek. Dodatkowe ciepłe skarpety, dobra odzież termiczna czy zapasowa kurtka powinna być gdzieś w pobliżu –obowiązkowo, jadąc na dłużej niż na kilka godzin.
Tanie wagi karpiowe – brak precyzji
Pierwsza waga, jaką miałem, to był model kupiony na bazarze i ograniczony do ważenia okazów do 15 kg. Nie było to urządzenie o wielkiej precyzji, ale na pierwsze kroki z karpiowaniem wystarczyło. Byłem wtedy pewny, że moja waga posłuży na bardzo długo, ale bardziej doświadczeni karpiarze porównali swoje wagi do mojej i co się okazało? Że mój model zawyżał wagę o równe 1,1 kg. Radość z moich pierwszych okazów była więc krótka. Każdej rybie trzeba było odjąć całkiem sporo. Dzisiaj wiem, że dobra waga to podstawa. Przede wszystkim musi mieć dość dokładną i dobrze widoczną skalę, minimum do 20–30 kg.





