
V Zawody Karpiowe Big Fish Polska – patronat Karp Max
2025-03-24
Parada Łowców Karp Max 2 – 2025
2025-03-29Gdzie zniknęły karpie? Wędkarstwo rzeczne uczy pokory

Wędkarstwo rzeczne to nie tylko sprzęt, przynęty i godziny spędzone nad wodą – to przede wszystkim umiejętność analizy i dostosowania się do zmieniających się warunków. W tym artykule opiszę sezon, który okazał się dla mnie przełomowy pod względem wędkarskiej wiedzy i doświadczenia.
Sezony karpiowe w naszej pasji miewaliśmy i zapewne przed sobą będziemy mieć różne. Bywały takie, które pozostały w naszej pamięci ze względu na liczbę złowionych ryb. Były też takie gdzie udało nam się np. pobić nasze przysłowiowe Personal Best. I oczywiście takie sezony gdzie pomimo wielu porażek, które ponieśliśmy na karpiowym szlaku, stały się dla nas przełomowymi. Rozpatrując to na wielu płaszczyznach muszę Wam napisać, że to właśnie porażki kształtują nasz karpiowy charakter i nadają sens karpiowemu życiu.
Dziś kolejny epizod z mojego rzecznego sezonu. Kolejna lekcja pokory a zarazem krótka opowieść, która już na zawsze ukształtowała moje wiślańskie poglądy.
Kiedyś opisywałem Wam, że całe piękno naszej rzecznej pasji drzemie w tym, że żaden scenariusz nie powtarza się dwa razy. Rzeki za każdym razem trzeba się uczyć od nowa. Zmienia się praktycznie wszystko, zaczynając od ukształtowania dna. Zmienia się jej charakter, łącznie z ułożeniem nurtów. Przyzwyczajenia ryb odnośnie pobierania pokarmu również mogą być różne, o czym napiszę trochę później.
Rzekę trzeba najpierw poznać
Bardzo ważnym czynnikiem, który trzeba brać pod uwagę są miejsca przebywania ryb na danych odcinkach, a o tym bardzo często zapominamy. Z każdym rokiem nasza karpiowa kuchnia jest lepiej wyposażona. Po przysmaki karpiowe mam wrażenie, że sięgamy na sam koniec planety, a zapominamy o najważniejszym – czyli by tego karpia złowić, ten karp tam musi być! Nie pomogą złote kulki i doskonały sprzęt ale praktyka, której nie zastąpimy niczym innym.
Po wyborze danego miejsca gdzie podpowiada nam instynkt łowcy, w wodzie lądują niezliczone ilości towaru. Na przygotowaniach w kuchni spędzamy bardzo duże ilości godzin, po czym finalnie zrażeni miesiącem czy dwoma spędzonymi nad wodą bez żadnych rezultatów, rezygnujemy.
Mnie osobiście również taka sytuacja dotknęła. Wiele razy górowała nade mną chęć udowodnienia sobie czego więcej, wychodzącego poza wymiar wędkarski. Rzekę trzeba najpierw poznać i zrozumieć i na to musicie postawić w pierwszej kolejności.
Skuteczność – koniec, kropka
Dziś gdy myślami wracam do tych sytuacji, gdy mam możliwość raz jeszcze wszystko na chłodno podsumować, moje poszczególne sezony i sytuacje z nimi związane, to na samą myśl pojawia się uśmiech, który nie do końca jest zwieńczeniem dobrze wykonanej roboty. Błędów popełniłem więcej niż Wam się wydaje, ale pisząc ten artykuł stwierdziłem, że to fajny moment podzielenia się tym z Wami.
Dzisiaj zupełnie i odpowiedzialnie mogę napisać – efektem finalnym, podsumowaniem, wynikiem końcowym jest ryba na macie. Obcowanie z naturą, sama chęć bycia nad wodą to nierozerwalna część naszej pasji, ale gwarantem dobrze wykonanej pracy jest mokra mata i u stawiam kropkę. Nas wędkarzy czy karpiarzy, jak zwał tak zwał, jako dobrego łowcę definiuje skuteczność i chyba nikt z tymi słowami nie będzie dyskutował.

Karpiowe rytuały
Kolejnym zagadnieniem, są rytuały ryb. Wielokrotnie do tego nawiązywałem w swoich artykułach, bo to jedna z ważniejszych części naszej rzecznej układanki. Jeśli uważacie, że ryby pojawiają się zawsze na danym odcinku, w danej porze, to już Wam piszę, że możecie się rozczarować.
Na myśl przychodzi mi sytuacja, która wydarzyła się właśnie tego sezonu, przełomowego dla mnie, o którym wspomniałem na początku artykułu. Wytypowany przez mnie odcinek, który dawał już zawsze ryby na początku sezonu, skrupulatnie doglądałem już zaraz po zejściu lodu. Bywały lata gdy tylko zaświeciło słońce ryby pływające w pobliżu głębszych partii zawsze wychodziły na płytsze blaty w poszukiwaniu pożywienia. Efekt był natychmiastowy i pierwsze niewielkie ryby zaraz po kilku godzinach łowienia lądowały w podbieraku.
Kolejną cechą tego odcinka do dziś jest to, że był i jest zawsze oblegany przez okolicznych wędkarzy. Czasami to właśnie wędkarze są podpowiedzią czy pojawiły się ryby, dając szersze spojrzenie na dane zagadnienie.
Niestety ten odcinek od dłuższego czasu wydawał się pusty, zero życia. Zarówno w wodzie jak i nad brzegiem. Pogodowo tamten rok był zaprzeczeniem wszystkiego co zachodziło w przyrodzie.
Już w lutym temperatury dochodziły do ponad 20 stopni, zatem zmiany zachowań ryb również zostały zachwiane. Mowa tu oczywiście o tarle ale o tym później.
Wędkarstwo rzeczne to zagadka
Zastanawiałem się nad tym wiele razy, co mogło być przyczyną braku obecności ryb na tym odcinku, a odpowiedz nadeszła dopiero blisko dwa miesiące później, gdy dostałem telefon od kolegi, który powiedział – „Marcin przyjedź”. Cały ciąg tych wydarzeń pozwolił mi wszystko poukładać i wysnuć pewną tezę. Nie będę rozwodził się nad całą resztą tej sytuacji, a skupie się jedynie na wnioskach.
Tarło karpi to bardzo specyficzny moment. Ryby jak żadnego roku podeszły do niego bardzo wcześnie i zupełnie przez przypadek trafiliśmy na to miejsce. Co ciekawe było to miejsce gdzie nigdy wcześniej tych ryb tam nie było.
Zagadnienie tarła ryb na rzece to bardzo szerokie spektrum. Z wielu powodów bardzo poufne, ale powtarzające się i obserwowane przez nas kilkukrotnie w tych samych miejscach, na przestrzeni ostatnich lat. Ten rytuał sprawdzał nam się rok w rok stąd kolejna teza, że ryby w poszukiwaniu zimowisk już od dawna spływają w okolice tamy by tam w dużo mniejszym nurcie odpocząć na zimę. Gdy nadchodzi wiosna, woda się nagrzewa, ryby ruszają w wędrówkę w górę rzeki w poszukiwaniu dobrych miejsc do żerowania lub wyboru miejsc na tarło.
Wiadomym jest, że ryby z wielu powodów wybierają do złożenia ikry miejsca spokojniejsze, przede wszystkim płytsze części typu zatoki lub rozlewiska. Taka część Wisły jest poniżej kilkanaście kilometrów stąd i w pierwszej kolejności do tarła przystępują właśnie tam.
Na nasz odcinek przypływają już tylko praktycznie żerować lub w cieplejszych okresach łapać w nurcie więcej tlenu. O tarle w nurcie nie ma mowy.
Jak łowić karpie w rzece – poznaj rady i taktyki – czytaj artykuł

Czegoś takiego nigdy nie widziałem
Wracając do tematu telefonu od kolegi. Pojechałem na wskazany fragment rzeki 20 kilometrów w górę czyli powyżej obławianego odcinka by ku wielkiemu zdziwieniu zobaczyć tam tarło karpi. Tarło, które nigdy tu nie miało miejsca! Mało tego, tam nikt nigdy nie łowił ryb. Ilość ryb po prostu nie do opisania. Ja czegoś takiego nie spotkałem jeszcze nigdy do tego stopnia, że zaraz po tarle pojechałem tam raz jeszcze by uwiecznić na foto całą tę zatokę.
Zaskoczenie było dla nas przeogromne i to w dużej mierze dało odpowiedź dlaczego w okolicach mostu nie było ryb. Może na dany moment nie pojawiło się na rafie żarcie. Nie było na dnie ochotki, kiełża lub ślimaka czyli przysmaków rzecznych ryb. Może zwyczajnie nie podpasował im nurt lub coś innego czego w ogóle nie wziąłem pod uwagę .Tego nie wiemy, ale jedno jest pewne.
Ryby bardzo wcześnie, jeszcze w lutym, cały nasz odcinek minęły i poszły dalej w górę rzeki pozostawiając jedynie wspomnienia ubiegłych lat. Na naszych oczach napisała się historia, która odkąd pamiętam nigdy tu nie miała miejsca. Popularna przeprawa okazała się bezrybna.

Cuda na Wiśle
Jest jeszcze jedna ciekawostka, którą chciałbym Wam opowiedzieć. Ponieważ tarło ryb nie trwa wieczność zastanawialiśmy się jak ryby zareagują po nim. Obstawialiśmy, że rozejdą się. Wrócą do nas, zejdą do miejsca naprawdę ciekawego. Jest tam dużo główek zatopionych, są stare przeprawy mostowe, jednym słowem – raj. Niestety, myliliśmy się. Ryby powędrowały jeszcze wyżej czyli w miejsca, w których nikt nigdy ich nie łowił. Przez kilka miesięcy dostawaliśmy info od zaprzyjaźnionych osób o cudach jakie się dzieją na Wiśle, powyżej mojego miasta. Niestety te cuda działy się tylko u nich, bo ryb na naszym odcinku nie było prawie w ogóle.
Do jesieni niestety sytuacja się nie zmieniła i mimo podjętych wielu prób w różnych miejscach, zjechałem z bilansem kilku niewielkich karpików, gdzieś tam wydłubanych na feederowe patyki.
Porażka?
Rozmyślałem wiele na temat tamtego sezonu. Co mogłem zmienić jeszcze? Ale będę z Wami szczery. Tych ryb tam po prostu nie było, a dziś wiem, że wszelkie próby usprawiedliwiania samego siebie za porażkę, okazały się dla mnie największą lekcją pokory, a zarazem drogocenną wskazówką jaką mogłem otrzymać od rzeki.
Zapomniałem najważniejszego. Przez pewien okres tamtego sezonu stałem się łowcą niezliczonej ilości sumów, które w późniejszych miesiącach żerowały na mlecznych kulkach oraz leszczach, które upodobały sobie moje orzechowe waftersy. Owszem ryby w późniejszym czasie pojawiły się jeszcze na starej przeprawie promowej, ale dosłownie na małą chwilę by za kilka dni pozostawić po sobie kolejną rzeczną legendę.
Podsumowanie
Bardzo dużo sam pływam po rzece, jeszcze więcej obserwuję i rozmawiam z napotkanymi wędkarzami i takiej sytuacji na płockim odcinku nie pamięta tu nikt. Nie mówię tu o wielkich potężnych rybach, których jeszcze kilka pływa w rzece. Mowa tu o tych rocznikach ryb, których na Wiśle jest naprawdę sporo. Nawet bym napisał bardzo dużo. A tu większość wędkarzy na przysłowiowe zero przez kilka dobrych miesięcy.
Co do poprzedniego sezonu. Chcę byście potraktowali artykuł, który czytacie jako mały wstęp do tego co chciałem Wam opowiedzieć za jakiś czas. Opisać już miniony sezon, który był dla mnie tym wymarzonym, gdzie rzeka po wielu latach ciężkiej pracy na moment się przede mną otworzyła obdarowując czymś co do tej pory pozostawało dla mnie w erze najpiękniejszych snów.
Zatem do usłyszenie niebawem.
Z pozdrowieniami
Marcin Traczyk M81
————————————–
Tu znajdziecie Marcina:





