
Jesienne Żerowanie z Prologic 2024 – lista startowa
2024-09-12
Karpiowy Puchar Łowisko Szachty – ostatnie z eliminacji
2024-09-13Po co łowimy karpie? Rozkminy Kawosza

„Rozkminy Kawosza” są, bywają. Co po ostatnich dwóch zasiadkach burzyło mój spokój, włączając nadmiarowe myślenie, opiszę w tym tekście.
Pytanie zasadnicze brzmi: „Po co ty, kolego, wybierasz się na karpie? Po co łowimy karpie?” Nie wypada tutaj zastanawiać się nad tym, co mi jako pierwsze przychodzi do głowy, czyli odpowiedź: „Żeby odpocząć od drugiej połówki, pracy, ciągłego powtarzania codziennych rytuałów”. Myślę, że to byłaby odpowiedź najbardziej słuszna i jak najbardziej do przyjęcia, gdyby dało się na tym zakończyć.
No przecież, poza nielicznymi wyjątkami w postaci osób mogących połączyć karpiowanie z pracą, większość z nas zapieprza na co dzień w pracy. Czy to na etacie czy w prywatnej działalności, a praca dla nas nie jest największą z życiowych przyjemności. Logiczne staje się więc myślenie, że dobrze, kiedy możemy poświęcając się pracy wypracować sobie w końcu kilka dni nad wodą. Nad wodą, nad którą nikt nie będzie czegoś od nas chciał, nie będzie czegoś wymagał, nie będzie stwarzał problemów.
Karpiowa piramida potrzeb
Według mnie powyższa opcja jest jak najbardziej ludzka, czysta, powszechna i do zaakceptowania. Piramida potrzeb Maslowa mówi o konieczności zaspokajania naszych potrzeb w odpowiedniej kolejności, od tych najbardziej niezbędnych do życia, aż po te mniej istotne. Nie wiem, jak u was, ale w mojej piramidzie karpiowanie, bywanie w naturze i całe z tym wiążące się misterium przesunęło się blisko szczytu piramidy. Każdy chętny wygoogla sobie piramidę, o której wspomniałem. Generalnie potrzeby najbardziej podstawowe to fizjologiczne, dalej bezpieczeństwa, przynależności, uznania i samorealizacji.
No właśnie, w którą więc część piramidy wpasujesz kolego, swoje karpiowanie? Nie mnie oceniać, czy jeśli twoja piramida jest jednym wielkim karpiem to jest z tobą dobrze, czy źle. No właśnie, jak to jest u mnie, kolejno od teoretycznie najmniej istotnych idąc. Samorealizacja, oczywiście! Przecież te karpie łowię już kilka lat i ciągle, i wciąż, i na każdym kroku (jak nasz prezydent) ciągle się uczę, staram się w tym rozwijać, doskonalić, realizować marzenia. Tutaj zaczyna się druga strona medalu, która, jak pisałem na początku, podczas i po ostatnich dwóch zasiadkach powodowała moje rozkminy. Pytanie brzmi „O czym marzysz?”.

Grill i piwko
No właśnie, na pierwszą z zasiadek pojechałem z jednego zasadniczego powodu, żeby spotkać się z przyjacielem, co nie zdarza nam się często, i spędzić razem czas nad wodą, delektując się grillami i piwkiem. Karpie, jak dowiedziałem się przed wyjazdem, były w samym środku tarła, wszędzie tańczyły na ogonach i od kilku dni żaden z nich nie zbliżył się nawet do kulki na zestawie.
Marzenie miałem więc raczej proste i nie bardzo związane z prezentowaniem kolejnych okazałych karpi do publicznych wiadomości, podbudowując swoją potrzebę uznania. Nie myślałem nawet o złowieniu pojedynczej perełki i wywoływaniu jej zdjęcia do fizycznego albumu. Podreperować na tej zasiadce miałem więc tylko potrzebę przynależności, tzn. podreperować przyjaźń.
Stary staw
Zasiadka odbywała się na Starym Stawie, woda ta od zawsze kopie mi tyłek i na tej wodzie więcej wypuszczam niż łowię. Co znaczy, że zazwyczaj u mnie nie bierze, a jak już coś na kiju poczuję, to się pewnie zepnie. Na Starym karpie są stare i wszystko już widziały, mają dużo naturalnego pokarmu, a zestawy znają każdego rodzaju. Zasiadkę doklepałem w ostatniej chwili, zaraz po powrocie z majówki, kiedy łowisko było już prawie całe zajęte, prawie, bo została tylko jedna bardzo nietopowa dwójka.
Usiadłem więc na dwójce z domkiem. Poza planem towarzyskim musiałem jeszcze trochę popracować, tak więc szybka wywózka, dwie godzinki wolne przed grillem z Marcinem, więc sobie popracuję, taki był plan. Hmm, karpie plan miały zupełnie inny. Już po kilkudziesięciu minutach pierwszy z karpi postanowił oderwać mnie od papierów. Przeprowadził dziki atak, powodując, że moje papiery zaczęły latać wszędzie, a drzwi od domku zatrzepotały w zawiasach.
Ryby tutaj są bardzo silne i dobrych kilkanaście minut i kilka odjazdów od brzegu trwało, zanim pierwsza piękna „nastka” zagościła w kołysce. No i cyk, mam ją.
Luz i chill
Na każdej zasiadce inne nastawienie mam do pierwszej ryby, później, kiedy już z kamieniem z serca spada widmo blanku, włącza się luz, chill i nic nie muszę. Tym razem nastawiony byłem na grillowanie i piwkowanie, tak więc odrywająca mnie od papierów „nastka” była jak najbardziej plusem dodatnim.
Po szybkiej wywózce powrót do pracy, z zaplanowanych dwóch godzin księgowania, godzina już minęła. Włączam tryb chill i potrzeba bezpieczeństwa, trza powalczyć o brak zaległości w pracy. Po 30 minutach Siren wyje, dwie godziny i znowu coś zżarło Fatala, chyba znalazłem w końcu dla siebie słodką kulkę. Jestem wyznawcą śmierdzieli, ale ten banan z GLM robi robotę. Robił, robił i robił robotę.
Do końca dnia odbyłem cztery sprinty, wyjąłem cztery ryby, podbudowałem mocno formę fizyczną i psychiczną. Potrzebę samorealizacji, jak na Stary Staw, podreperowałem już bardzo, potrzeby uznania i przynależności podreperowaliśmy razem z Marcinem, odrobinę zagrożona była potrzeba bezpieczeństwa, bo przecież pracować się nie udało.
Po co łowimy karpie?
Kolejne dwa dni były mocno podobne, wiele sprintów do brania, uśmiechów, cennych rozmów, walk z potworami i zdjęć. Trzeciego dnia zaszczycił mnie gość, którego nigdy bym się nie spodziewał – piękny, wielki, wolno pływający stary wojownik ze Starego Stawu. Waga to waga, grubo ponad 20 kg. Wag już nie kolekcjonuję, kolekcjonuję na pewno momenty w dobrym towarzystwie, kolekcjonuję na pewno rozkminy podczas zasiadek, kolekcjonuję widoki, smaki zapachy.
Ta zasiadka zostanie w mojej głowie na zawsze. Jechałem na te trzy nocki bez żadnych karpiowych planów, a wróciłem z odhaczoną całą piramidą potrzeb. Uwielbiam takie zaskoczki. Dzięki Marcinie.

Piramida potrzeb po innemu
Drugą ze wspomnianych zasiadek była długo wyczekiwana zasiadka na Zanzibarze. Już coś o tej wodzie wiem, już byłem tam naście razy. Miejsce się zgadza, czas też, musi być pięknie myślałem. Fakt faktem, było to ósme stanowisko jakie na tej wodzie obławiam i byłem na nim po raz pierwszy, ale taki miałem plan, poznać różnorodność tej wody i objeździć ją wokół.
Szukając okienka pogodowego zrobiłem przeprawę, rozłożyłem biwak, niedługo potem dotarł Adi na stanowisko obok. Wieści znad wody były dobre. Kolega w innym końcu wody robił regularne brania i regularnie wyjmował duże ryby. Czego chcieć więcej. Popływałem, posondowałem, zaznaczyłem punkty. Wiadro kulek z pelletami Bolsenki zalane na grubo przemieszałem, drugie na słodko z Fatalem i morwą. Słysząc co łowi Wiśnia pomału w głowie zaczęła kołatać się myśl, że skoro to dobry czas i miejsce to nie będę im żałował, może uda się przebić 28,90 z tej wody i położyć na macie rybę z 3 z przodu.
Mocno zaczęło mi się udzielać nastawienie Adiego, który przyjechał spotkać swojego karpiowego ziomka, który kilka lat temu miał ponad 27 kg. Teraz powinien już mieć grubo ponad 30. Tak więc potrzeby, jakie rządziły tą zasiadką ustawiły moją piramidę całkiem inaczej niż zwykle. Wyglądało na to, że miały mną rządzić potrzeba uznania, samorealizacji. Jakoś mocno to nie po mojemu, patrząc na sytuację z perspektywy czasu. Nie do końca komfortowa była to sytuacja.
Kup e-wersję Karp Max 3/2024
Wiadomo, robotę zrobiłem, zaopatrzyłem się w najlepszy towar, podałem go jak należy w miejscówki, co prawda głębokość na stanowisku 11 mocno mnie zaskoczyła, bo blat był od 6 do 8 metrów, a żeby znaleźć 9 czy 10 metrów długo trzeba by szukać, odpływając daleko od stanowiska. No, ale przecież one tu biorą. Rok temu Bartek złowił ich ponad 100, chłopacy po nim też przeławiali duże stado. Do wieczora cisza, w nocy obudziły mnie dwa brania, karp do 10 kg i podobnej wielkości amur. Póki co, do najlepszej stołówki jaką w życiu uszykowałem przypłynęło przedszkole. Następny dzień minął w podobnym tonie, jedyne co się zmieniało to raz padało, raz nie. Raz drink, raz kawa. U Adiego spokój, u mnie dwa bączki.

Co zrobisz żuczku?
Po kolejnej nocy rozmowy nabrały głębi, w nocy u mnie tylko dwie spinki, Adriana dalej omijały. Co tu robić? Sypać nie sypać, głębiej, płycej, nie widać ich, zero spławów, deszcz obniżył temperaturę wody, czego bym nie robił, bez słońca nie wywołam u karpi impulsu karzącego im zmierzać w kierunku płycizn, szukając odpowiednich trzcin do odbycia tańców. Na to się nastawiałem. Długa płycizna, na której rok do roku odbywało się grube łowienie i to przez kilka tygodni każdego roku i to właśnie w tym czasie. Łowi zupełnie inna część jeziora, głęboka woda, w której to stronę ciągle wieje i do tego te deszcze ciągle i wciąż i chmury, przez które słońce do karpi nie dotrze. Co więc zrobisz, żuczku, kiedy zrobić możesz nic.
Cieszy każde branie
Piramida Masłowa zaczęła pomału trząść się w posadach, bo przecież miał być to tydzień el dorado. Przyjechałem przez konieczność pracy dwie nocki później, dwie pierwsze doby zasiadki dały tylko dwie małe ryby a perspektyw zmiany pogody nie widać. Od dnia trzeciego co jakiś czas wyjmowałem co prawda karpia, ale były one na ten moment mocno odbiegające od tego, na co swoje tory myślenia nastawiłem.
Jak to Jarmuda, przecież zawsze i wszędzie cieszy cię każde jedno branie, każdy jeden karp mały czy duży. Czy człowiek złym nastawieniem od początku zasiadki jest w stanie aż do tego stopnia zmienić siebie? Swoje myślenie, potrzeby, zmienić odczucia? O potrzebie realizacji marzeń zacząłem więc zapominać, poczucie własnej wartości też zaczęło się lekko trząść, a z Adim zaczynaliśmy coraz bardziej knuć we własnym zakresie. Nie było to ani przyjemne, ani łatwe, tym bardziej, że rodzinka na czas, kiedy zaklepałem tygodniową karpiozasiadkę wyjechała szukać portugalskiego słońca i coraz częściej zaczynała truć mój spokój myśl, że to Justyna z Frankiem wybrali lepiej. Tym bardziej że za chwilę miał być Dzień Dziecka, pierwszy, którego nie miałem spędzić z synem i przez to było mi mocno nie tak.
Czas marudzenia
Z perspektywy czasu i tych rozkmin życiowych wygląda na to, że cała piramida zaczynała mi się chwiać, przecież dotarłem już do potrzeby bezpieczeństwa. Nawet piękne okoliczności przyrody i gapienie się godzinami w wodę nie cieszyły jak kiedyś. No ale cóż, Jarmuda, jesteś, gdzie jesteś, robisz co lubisz, nie marudź, a może i marudź, może uda mi się jak mojemu prekursorowi ponownego karpiowania Grzesiowi wymarudzić jakiegoś kabana.
Ostatni dzień maja upłynął więc na mocnym marudzeniu i narzekaniu na wszystko na czym świat stoi. Przed wieczorem rozsypałem z Adim z pontonu duże wiadro kul i pelletu, chcąc przełamać passę i w końcu ruszyć kabany z dalekich stron jeziora. Przyszedł sen. Na szczęście tuż przed wschodem słońca, 1 czerwca ze snu wyrwał mnie pisk Sirena. Zaskoczyła mnie masa ryby, którą miałem na kiju, z tyłu głowy kołatała się myśli o hakach bezzadziorowych i ukształtowaniu dna przede mną, nogi zaczęły mi dygotać jak za dawnych lat. Dygotały i dygotały i przestać nie chciały przez następne 40 minut. Nie jestem karpiarzem holującym ryby siłowo, raczej odpuszczam hamulec, ale siła, z którą walczyłem była nie do zatrzymania, nawet gdybym mocno się starał.
Udało się, do wschodu słońca miałem już w kołysce pięknego, wielkiego złotego wojownika, tak wyczekanego, tak wytęsknionego jak dawno mi się nie przydarzyło. Dziękuję niebiosom, że cię do mnie sprowadziły, mój rodzynku. Pięknie zaczął mi się ten Dzień Dziecka. W końcu piękna wielka wartościowa ryba nadająca się do pięknych zdjęć podbijających wszelakie potrzeby przynależności, uznania i w ogóle zajebistości. Halo Jarmuda, to nie po twojemu, tak sobie myślę o tym po czasie. Po powrocie do domu to coś zostało we mnie i nadal burzyło spokój.
Kolejne karpie
Dzień Dziecka odpalił pięknie. Po wspomnianym rodzynku dołowiłem kolejne dwie ryby z 2 z przodu, pięknego kawowego walczaka i golaso lampasa za milion dolarów. Zaczęło się regularne łowienie, nudy nie było. Drugiego czerwca planowany powrót do domu, poranne pakowanie. Miało przyjść załamanie pogody, wielkie deszcze, wiatry i samo zło.
Spakowani, przeprawieni, zmokliśmy już podczas ładowania do aut, więc upiekło nam się delikatnie. Na punkcie przeprawy spotkałem Marcina, który zmieniał mnie na miejscówce. Byliśmy w stałym kontakcie wcześniej i pozostaliśmy, kiedy to Marcin łowił, a ja już dopytywałem o wieści. Jak to na rybach. Do rana u Marcina i jego towarzysza było już 35 ryb w tym kilka 20+, do wieczora dwa razy więcej, w tym dwie z 3 z przodu.



Pokora i węzeł bez węzła
No i co ja mam powiedzieć?! Czy ja tak bym chciał, pewnie tak. Każdy z nas ma wielkie plany co do wielkiej liczby łowionych wielkich karpi, no ale myśląc o tym z perspektywy czasu. Po pierwsze akumulatorków w łódce wystarczyło by mi na nie więcej jak pięć brań. Fakt, mógłbym wywozić pontonem, ale przecież one by brały zanim bym na wiosłach wrócił do brzegu. Pozostaje łowienie z rzutu i to by mogła być piękna opcja.
Jak tak sobie o tym wszystkim z perspektywy czasu myślę, to wolę swojego wyczekanego rodzynka, o którego musiałem się modlić, przez którego musiałem świat przeklinać i który ucieszył jak inny dawno nie ucieszył. Czy bym potrafił łowić duże karpie tak jak płotki po kilkadziesiąt dziennie, czy kilkaset w tygodniu? Nie, ja mam na to dużo za słabą psychę, ja tego bym sobie w głowie nie poukładał. Niby po to wsypałem wiadro Bolseny ze Scarletem i łódkami dowiozłem kolejne, żeby coś się zaczęło dziać, ale z perspektywy czasu zadziało się o pół doby później niż mogło.
Tak więc uważajcie o co prosicie, uważajcie o czym marzycie. Szanujcie i doceniajcie to, co ważne, dla mnie przyjaźń, spokój, piękno i każdy wyjęty z wody okaz czy ma 3 czy 30 kg są tak samo ważne. Kiedy przypadkiem włączę złe myślenie, mój szaniec zbudowany z potrzeb może runąć, stanąć na głowie albo przynajmniej trząść się mocno. Bądźcie więc sobą w tym wszystkim, bo to chyba jedyna recepta na wasz osobisty, wypracowany i przez was doceniony sukces. Niczego nie musicie. Pokora, węzeł bez węzła i do następnego razu.
Autor: Marcin Jarmuda








