
Złap przygodę na haku! Festiwal Wędkarstwa i Survivalu w Targach Kielce
2025-11-17
Łowisko Zajarki: Tańczący z karpiami – podwodna misja Carp n’roll
2025-11-20Karpie w Maroku: Mateusz Wyzuj i jego druga wędkarska ojczyzna
Łowienie karpi na dzikich, bezkompromisowych wodach Afryki to nie jest zwykła przygoda — to zderzenie człowieka z naturą, klimatem i własnymi granicami. Mateusz Wyzuj od ponad dekady wraca nad jezioro Bin el Ouidane w Maroku, miejsce, które stało się jego drugim domem i przestrzenią, w której wędkarstwo nabiera zupełnie innego wymiaru. W szczerym, barwnym wywiadzie opowiada o dziecięcych początkach, filozofii łowienia, surowości gór Atlas, sile lokalnych społeczności i magii, jaką kryją w sobie karpie w Maroku. To rozmowa o pasji, której nie da się zgasić, i miejscu, do którego wraca się nie po ryby, a po doświadczenia, które zmieniają człowieka.

Pamiętasz moment, w którym złapałeś swojego pierwszego karpia? Jak ta chwila wpłynęła na Twoją dalszą przygodę z wędkarstwem?
Wędkarstwo weszło mi w życie, zanim w ogóle zrozumiałem, że to będzie moja droga. Jako dzieciak potrafiłem pochować wędki w krzakach i zamiast iść do szkoły — biegłem na pobliskie stawy kilka kilometrów od domu. Siedziałem tam godzinami, sam, w ciszy, bez pośpiechu i bez telefonu. Już wtedy czułem, że nad wodą jestem „u siebie”.
Ogromny wpływ miał też mój wujek. To on zabierał mnie na duże jeziora, pierwsze nocki, ogniska, bambusowa wędka, wiaderko pod tyłkiem. Surowy klimat, zero wygód — sama przygoda. Te wspomnienia zostały ze mną na całe życie.
Czy pamiętam tego pierwszego karpia, który mnie zaczarował? Szczerze — nie. Moja pasja rodziła się latami. Każde łowienie, każda wyprawa, każda ryba dokładała cegłę. To był proces, nie jeden moment.
I tak już zostało. A kiedy brakuje mi czasu na karpie — biorę spinning i jadę nad rzekę lub kanały tutaj, w Holandii, gdzie mieszkam.
Trudne i dzikie wody — co Cię w nich najbardziej pociąga?
Dzikie wody mają w sobie coś, czego nie da żadna komercja. Łowiłem na rzekach, zaporówkach i holenderskich kanałach — i właśnie tam czuję prawdziwe wędkarstwo. Trzeba myśleć, pływać, szukać, pracować. Nic nie jest podane na tacy.
Byłem kilka razy na komercjach w Belgii, ale to były inne czasy — karpiarze trzymali się razem, była przyjaźń, rozmowy, wspólne nocki. Piękny okres, który dobrze wspominam.
Od ponad 10 lat ciągnie mnie już tylko nad wody, gdzie trzeba się urobić. Gdzie każdy metr dna musisz poznać sam. Gdzie jest surowość i nieprzewidywalność. Komfortowy domek, prąd i gotowe stanowiska? Nie dla mnie — to zabiera klimat, który pokochałem jako dzieciak.
Kocham naturę i psy — dwie moje największe pasje. A nad dziką wodą łączę wszystko: ciszę, wolność, przestrzeń i porządny reset głowy. Tam jestem najbardziej sobą.

Dlaczego akurat Maroko? Co sprawiło, że Bin el Ouidane stało się Twoim drugim domem?
To był przypadek, który zmienił całe moje wędkarskie życie. Pierwszy raz trafiłem tam 11 lat temu. Pomysł pojawił się spontanicznie na targach w Poznaniu. Dwa tygodnie później stałem z moim przyjacielem Krzyśkiem nad brzegiem Bin el Ouidane.
Pamiętam pierwszy poranek — spojrzałem na góry odbijające się w tafli wody i powiedziałem do Krzyśka: „Ja tu będę wracał, dopóki życie mi na to pozwoli.” I wracam. Zakochałem się w BeO jak facet potrafi zakochać się w kobiecie — tylko w kobiecie można się odkochać. W BeO nie.
Najbardziej kocham tam ludzi — traktują mnie jak rodzinę, a ja ich tak samo. Tam nie ma gonitwy za kasą ani za statusem. Tam nauczyłem się, że nie warto żyć ponad stan ani być niewolnikiem systemu.
W tamtych rejonach mieszkają Brabancy — ludzie gór. Prości, szczerzy, gościnni. Mają mało, ale mają mniej problemów niż ci, którzy mają wszystko. Jedzenie tam smakuje jak kiedyś u mnie w domu — naturalne, bez chemii.
To miejsce zmieniło moje życie. Cieszę się, że mam takie miejsce i takich ludzi.
Jak wygląda łowienie karpi w Maroku w porównaniu z Polską?
Technicznie szukasz podobnie: górki, kamienie, blaty, spady. Ale zachowanie ryb to zupełnie inny świat. W Polsce ryby żerują głównie nocą i nad ranem. W Maroku — w dzień, często przy największym słońcu. Noce są spokojne, praktycznie bez brań. Największa różnica to poziom wody — za każdym razem inny. BeO potrafi opaść albo podnieść się o kilka, a nawet kilkanaście metrów. Wszystko zależy od opadów w górach Atlas.To żywy organizm — i jeśli go nie poznasz, to Cię przejedzie.




Pierwsza wyprawa na BeO — co Cię zaskoczyło?
Ludzie, klimat, góry, słońce. Pozytywna energia i szczerość. Ale też hardcore, gdy spadnie deszcz — błoto, ślisko, ciężko, walka o każdy krok. BeO potrafi zmienić warunki w ciągu kilku godzin. I właśnie za to ją pokochałem — tam natura rządzi, a Ty musisz się dostosować. Zero udawania.
Jakie ryby pływają w BeO?
BeO to ogromna, dzika woda. Języki wodne wchodzące w góry, wielkie zatoki. Ryby są potężne —piękne i silne pełnołuskie, przepiękne lampasy.
Mam cztery karpie powyżej 20 kg i amura 22 kg. Z amurami to historia jak z filmu — przez lata nikt ich nie łowił, a my w kwietniu z przyjacielem Michałem wyciągnęliśmy cztery sztuki. Od tamtej pory cisza. Rekordami tej wody są ryby powyżej 30 kg. Ja nadal czekam na swoje szczęście.
Jestem dumny z jednego — nigdy nie wróciłem z BeO bez ryby, a dużo ekip wraca bez jednego pika. Mój największy karp miał prawie 25 kg — zestaw położony 15 metrów od brzegu, na metrze wody. Dziesięć minut i branie. Jedna z najbardziej pamiętnych zasiadek.
Ogólnie przez te lata łowienia na BeO śmiało mogę powiedzieć, że złowionych karpi mam ponad 400 sztuk.









Jak przygotować się na warunki w Maroku?
Dobre buty na kamienie, krem do opalania, okulary, nakrycie głowy, uśmiech i odwaga.
Wędki są, ponton jest — reszta to kombinowanie i szukanie ryby.
Ze sprzętu wędkarskiego zabieramy tylko najważniejsze rzeczy: kołowrotki, sygnalizatory brań, mały śpiwór oraz akcesoria do wiązania zestawów końcowych. Wszystko lekkie, praktyczne — tak, żeby nie targać pół garażu, a mieć to, co naprawdę potrzebne.
Najgorzej bać się czegoś, czego się nigdy nie spróbowało. BeO jest dla ludzi, którzy chcą przygody, nie wygody.
Jak wygląda wyprawa krok po kroku?
Zaczyna się od telefonu do mnie. Ustalamy termin, robię rezerwację, wpłacamy zaliczkę, resztę płacimy na miejscu w hotelu. Kupujemy bilety.
Na lotnisku w Marakeszu czeka kierowca. Jedziemy jedziemy 250 km w głąb gór Atlas, nad BeO. Pierwsza noc w hotelu — jedzenie, prysznic, odpoczynek. Następnego dnia jedziemy nad jezioro i wybieramy stanowisko. Ekipa serwisowa rozkłada obóz: namioty, łóżka, stoliki, krzesła, ponton, silnik, echosondę, kuchnię polową.
My dostajemy wędki i od tego momentu skupiamy się wyłącznie na łowieniu. Nęcimy głównie kukurydzą — kulki są drogie w transporcie i mało kto bierze ich dużo. Codziennie dowożone jest świeże jedzenie.
Wszystko jest tak zorganizowane, że uczestnik nie musi myśleć o niczym poza łowieniem. Jeśli lądujemy rano, można od razu jechać nad wodę, ale ja zawsze polecam odpocząć w hotelu i kolejnego dnia po śniadaniu ruszyć na spokojnie.
Po zasiadce też warto odpocząć w hotelu, a jeden dzień poświęcić na zwiedzanie. Chłopak z serwisu pokaże świetne miejsca w obrębie 50 km od hotelu. Lecieć tak daleko i nie zobaczyć nic poza BeO — szkoda.
Z jakimi ludźmi najczęściej wyjeżdżasz?
Najczęściej z prawdziwymi wędkarskimi wariatami. Ludźmi ciekawymi świata i przygody. Złowić karpia w Afryce? Mało kto w Polsce może się tym pochwalić— to przygoda życia. Niezależnie, czy jadą doświadczeni karpiarze, czy chłopaki spełniający swoje marzenie — każdy wraca stamtąd innym człowiekiem.

Co Cię dziś napędza po tylu latach nad wodą?
Już nie pogoń za rybą życia. Wędkarstwo to moje życie — bez tej pasji długo bym nie pociągnął. BeO to inny wymiar. Tam mam spokój, ciszę, przestrzeń. Tam słyszę własne myśli. Tam wracam do dzieciństwa, kiedy uciekałem nad wodę, żeby schować się przed światem.
Czuję się wtedy bogaty — nie materialnie, ale tym, co przeżyłem. Chłopak z małej wioski nigdy nie marzył, że będzie łowił karpie w sercu Afryki i że to miejsce zacznie nazywać swoim drugim domem.
BeO uczy pokory. Tam nie ma miejsca na gwiazdorzenie, tam każdy szybko widzi, ile naprawdę jest wart. Jednego dnia masz brania, drugiego cisza — i nie zrobisz z tym nic, poza tym, żeby dalej pracować i czekać na swój moment. Ta woda umie postawić człowieka do pionu, ale jak już nagrodzi, to pamiętasz to do końca życia.
I jest jeszcze jedna rzecz, którą widzę za każdym razem, kiedy wracam. Po powrocie z BeO człowiek zaczyna doceniać to, co ma tutaj. Nagle mniej narzeka, mniej marudzi, mniej „mu mało”. Bo tam w górach widzi ludzi, którzy mają o wiele mniej, a mimo tego mają więcej spokoju, więcej radości, więcej wdzięczności. I to zostaje w głowie na długo.
Moje plany są proste — latać tam dalej i pokazywać to miejsce kolejnym ludziom. Bo wiem, że wracają inni. Lepsi. Bardziej świadomi. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
Dziękuję każdemu, kto dotarł do końca tego wywiadu. Mam nadzieję, że choć trochę poczuliście klimat tego miejsca i to, co mnie tam trzyma od tylu lat.
Jeśli kiedyś poczujecie, że chcecie przeżyć coś innego niż kolejną zwykłą zasiadkę w Europie — zapraszam Was na wyprawę do Maroka. Czy ze mną, czy beze mnie — będzie to przygoda życia, a chłopaki z serwisu zajmą się Wami tak, jak ja bym to zrobił.
Pozdrawiam serdecznie
Mateusz Wyzuj
Morocco Carp Polska
Jeśli chcecie śledzić relacje Mateusza z BeO, obejrzeć zdjęcia, filmy albo po prostu być na bieżąco — zajrzyjcie na jego profil na Facebooku
Rozmowę przeprowadził Jarosław Mroczek (redakcja@karpmax.pl)
Zdjęcia: Mateusz Wyzuj





