
Nowość 2024 – Podbierak karpiowy z rozkładanych koszem Prologic Element Com-Pact
2024-01-10
Po 30 latach złowił królową – o tym piszemy w Karp Max 1-2024
2024-01-22Ciemna strona mocy karpiowania, czyli miliard złotych do wygrania

Łowienie karpi jest cudownym hobby, kontaktem z przyrodą, a jednocześnie możliwością sprawdzenia swoich sił i umiejętności w zmaganiach ze wspaniałym przeciwnikiem – karpiem. Banał? Pisze ten tekst jednak nie dlatego, aby powyższe udowadniać (bo to oczywiste), ale aby zastanowić się czy na fali coraz szybszego, coraz bardziej nerwowego i dążącego do materialnych korzyści świata, wędkarstwo karpiowe nie zaczyna podążać w „ciemną stronę mocy”?
Czy komercjalizacja, w najgorszym tego słowa znaczeniu, nie sprawiła, że całkowicie gubimy podstawowe idee wędkarstwa? Informacje, które w ostatnich tygodniach zaczęły napływać do naszej redakcji, w związku z pewną ubiegłoroczną imprezą karpiową, która jak wszystko na to wskazuje, okazała się jedną wielką wydmuszką, tylko uświadczają mnie w tym przekonaniu.
Kiedy w 1996 r. nad Łowiskem Fishabil we Francji zostały zorganizowane pierwsze w historii międzynarodowe zawody karpiowe, chyba nikt nie mógł się spodziewać, że będzie to początkiem wielkiego boomu. Te pierwsze imprezy były okazjonalne, bo dopiero dwa lata później miała miejsce inauguracja World Carp Classic nad Jeziorem Madine, zawodów, które do dzisiaj są karpiową imprezą numer jeden. Zorganizowanie czegoś tak wielkiego wymaga masę pracy, przygotowań, logistyki i odpowiedniego rozpropagowania. Wiem coś na ten temat, bo przez 8 lat z rzędu, od 2001 r. organizowałem Karpiowy Puchar Polski, w którego każdej edycji brało udział około 100 zespołów. Przez te lata docierały do mnie informacje od patrzących z zewnątrz, którym wydawało się, że to przecież „bułka z masłem” i właściwie każdy może zorganizować takie zawody, zarabiając mnóstwo forsy. Czyżby? Bez jakiegokolwiek doświadczenia, bez dogłębnej analizy rynku karpiowego i bez znajomości w branży? Tak, można, ale takie podejście gwarantuje opłakany efekt. Przez ostatnie 20 lat obserwowałem coraz większe zainteresowanie zawodami karpiowymi, a Polska wiodła w tym zdecydowany prym. Tak, karpiarze lubią współzawodnictwo. Dziesiątki imprez, o których pisaliśmy na łamach Karp Maxa i na naszym portalu, to były lokalne, kameralne zawody. I to właśnie one przez lata pomagały w propagowaniu nowoczesnego wędkarstwa karpiowego.
Parę lat temu, w rozmowie z właścicielem jednego z łowisk karpiowych, usłyszałem: ”po co jeździć gdzieś do Francji, kiedy u nas, w Polsce, można zorganizować zawody, w których nagrody pieniężne będą kilkukrotnie wyższe niż na WCC”. Aha, pomyślałem, zaczyna ziszczać się ten czarny scenariusz, czyli byle jak, byle gdzie, oby tylko kasa była jak największa. Podobne podejście, to oczywiście wcale nie na nasz, polski wymysł. Kiedy WCC nabrało renomy najbardziej spektakularnych zawodów karpiowych na świecie, pewien Anglik wymyślił sobie, że jeżeli Szkot Ross Honey, może zbijać kasę na karpiarzach, to on również i to nawet z przyjemnością. Przyjemności jednak prawie się skończyły, kiedy organizowane przez niego zawody we Francji okazały się jednym wielkim oszustwem. Prawie, bo Angol przeniósł się do Czech (choć powinienem napisać – uciekł z Francji, bo stał się tam persona non grata), pewnie wychodząc z założenia, że ta część Europy jest mało kumata i nie ma pojęcia co działo się gdzieś tam we Francji. No cóż, to był ostatni etap jego „kariery”. Okazał się niewypłacalny, tzn. nie wypłacił obiecanych nagród. O Angliku oszuście słuch zaginął.
Tymczasem w ostatnich dwóch latach zrodziły się w Polsce trzy projekty gigantycznych zawodów. Przyglądałem się nim z ciekawością, ale i z obawą. Pierwszy projekt – Extreme Carp Competition nad Soliną wydawał się być czymś absolutnie karkołomnym. Byłem z redakcyjna kamerą na pierwszej edycji, zobaczyłem wszystko od podszewki i … mogłem tylko bić brawo. Organizatorzy, praktycznie bez wcześniejszego doświadczenia w tym względzie, wykonali fantastyczną robotę i co najważniejsze, wywiązali się ze wszystkich zobowiązań wobec zwycięzców i sponsorów.
Na dwa kolejne projekty, forsowane niemal równolegle, patrzyłem z niedowierzaniem. Cykle zawodów z kilkunastoma eliminacjami i finałem, znane były już wcześniej za sprawą PCM. Jednak góra pieniędzy mająca czekać na zwycięzców, wprawił mnie w osłupienie. Tu nawiążę do WCC – Ross Honey nagabywany o to, wielokrotnie podkreślał, że nie zamierza zwiększać puli nagród w jego zawodach, bowiem takie działanie prowadzi wyłącznie do chorej rywalizacji, a wiadomo, że czym więcej pieniędzy, tym większe ciśnienie. No dobrze, ale mamy wolny rynek, każdy kto prowadzi działalność gospodarczą, może zarabiać i wydawać pieniądze, jak mu się podoba, byle … brać za to odpowiedzialność. I jak zdążyliśmy się zorientować z coraz większej ilości zebranych przez nas informacji, jedna z tych wielkich, polskich imprez Karpiowa Liga Mistrzów (nazwą nawiązująca do najpopularniejszych na świecie rozgrywek piłkarskich), najprawdopodobniej okazała się jedną wielką ściemą. Zwycięzcy nie otrzymali nagród, niektóre łowiska nie zostały opłacone, sponsorzy wprowadzeni w błąd, podobnie jak honorowi patroni eliminacji (Urzędy Marszałkowskie). W przysłanym do nas wyjaśnieniu, organizator zawodów Mariusz Radecki (Fundacja „Pomorskie Zrzeszenie Wędkarskie”) napisał:
„Z różnych przyczyn, budżet ICCL 2023 był mocno ograniczony w stosunku do tego co sobie zakładaliśmy i z tego powodu zabrakło nie tylko na opłacenie nagród, ale również części faktur. Środki miały pochodzić z różnych źródeł i wszystkie zostały wykorzystane na organizację ICCL 2023. Intensywnie pracujemy nad tym by jak najszybciej pozyskać środki na spłatę zaległych nagród, oraz innych zobowiązań. Wycofanie części łowisk i sponsorów, to indywidualne decyzje ich właścicieli, którzy mieli do tego prawo. Pomimo bieżących problemów, nie widzimy na razie przeciwwskazań, żeby tegoroczna edycja Karpiowej Ligi Mistrzów miała się nie odbyć.„
Muszę przyznać, że czegoś tak kuriozalnego ale i bezczelnego dawno nie czytałem. Stare przysłowie mówi „mierz siły na zamiary”. Każdy kto zamierza brać się za organizację zawodów karpiowych, dobrze aby się nad tą sekwencją zastanowił. I to nie dwa, a trzy razy.
Co to wszystko oznacza? Nie tylko blamaż organizatorów, brak wygranych na kontach zwycięzców, ale, może przede wszystkim, opinia na temat wędkarstwa karpiowego, jaka roznosi się po całym kraju. Jeżeli cykl tych zawodów patronowały wojewódzkie struktury państwa, to w jakim świetle zostali postawieni karpiarze? Tak, bo takie działania odbijają się na nas wszystkich. Przecież w wielu rejonach kraju rozejdzie się wiadomość, że organizatorzy zawodów karpiowych (a więc karpiarze) to ludzie zupełnie nieodpowiedzialni, z którymi w nie warto współpracować. To wszystko prowadzi więc do deprecjonowania wszystkiego, co robią organizatorzy dziesiątków innych zawodów karpiowych. Podobnie wygląda sprawa sponsorów. Przecież jeżeli jakaś firma raz sparzy się na pseudo-organizatorach zawodów karpiowych, prawdopodobnie więcej nie zainteresuje się jakąkolwiek współpracą.
A poza tym, jeszcze jedna, wydaje mi się najważniejsza konkluzja, oczywiście w kontekście zawodów – gdzie podziała się, wspomniana na początku tego tekstu, idea wędkarstwa karpiowego? Czy rywalizacja ma polegać na odpowiedniej taktyce, sprycie, tak aby łowić lepiej niż rywale, a tym samym mieć poczucie satysfakcji, czy też na robieniu wszystkiego, aby tylko zwyciężyć, mając w głowach gigantyczną kasę oferowaną przez organizatorów. Nie chcę tu wsadzać wszystkich do jednego worka, bo doskonale wiem, że większość karpiarzy startuje w zawodach, bo po prostu lubi współzawodnictwo. Cenią możliwość spotkania się z innymi łowcami, a jeżeli uda się im zwyciężyć, to najlepszą nagrodą jest puchar czy statuetka oraz wspomnienia i ekscytacja wspaniałą walką.
Całą tę sprawę z Karpiową Ligą Mistrzów na bieżąco śledzimy, przygotowaliśmy materiał filmowy, który możecie zobaczyć na www.youtube.com/karpmaxpl
Autor: Przemysław Mroczek (redaktor naczelny czasopisma „Karp Max”)





