Karp jest rybą ciepłolubną, więc wydawać by się mogło, że czym cieplej, tym powinny być lepsze brania. W rzeczywistości jest jednak inaczej. Woda podgrzana do dwudziestu kilku stopni, w dodatku przy bezwietrznej pogodzie, wcale nie jest najlepszym środowiskiem karpia. Zamiast intensywnych brań mamy bezrybie, bowiem nie tylko nam doskwiera upał. Jednak my możemy po prostu wejść do wody, a ryby… (fot. 1).
Powszechnie panująca opinia o karpiu mówi nie tylko o ciepłej wodzie, ale również o płytkich miejscach w zbiornikach, które są najlepszymi żerowiskami tej ryby. Przyjrzyjmy się wędkarzom – większość z nich szuka właśnie płytkich, dobrze nasłonecznionych łowisk, czyli miejsc gdzie wiosną były intensywne brania. Nastała jednak inna pora roku. Długo utrzymujące się upały wcale nie wpływają na intensyfikację brań. Woda wraz ze wzrostem temperatury ma coraz mniej tlenu, więc nie ma co się dziwić, że karpie przestają żerować. Inna jest sytuacja (swoją drogą dość rzadko spotykana), kiedy mimo upałów wieje silny wiatr, mieszający warstwy wody. Wówczas na nawietrznej można być pewnym obecności ryb (fot. 2).
Pamiętam lipiec sprzed kilkunastu lat, kiedy przez niemal dwa tygodnie zasiadki, nie miałem ani brania. Sytuacja wydawała się dziwna, bo pogoda była stabilna, a to, że upały doskwierały za dnia, nie przeszkadzało łowić od zmierzchu aż po wschód słońca. Jednak wyników nie było o żadnej porze. Łowisko miało około 2,5 metra głębokości i odpowiadało wszelkim książkowym zasadom. Po bezskutecznych dwutygodniowych próbach, bardziej z fantazji niż przekonania, umieściłem jeden zestaw dużo dalej od brzegu, na głębokości niemal 8 metrów. Już pierwszej nocy miałem branie właśnie na tę wędkę, mimo iż miejsce w ogóle nie było nęcone. Wszystkie zestawy powędrowały na głębinę, wraz z zanętą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że karpie żerowały dość intensywnie, ale nie płycej jak na 6 metrach (fot. 3).
I wtedy przypomniały mi się przeczytane artykuły opisujące St.Cassien, słynną francuska mekkę wielkich karpi. Opisywano w ich połowy karpi z głębokości 20 metrów, co jak mi się wówczas wydawało, było wielką bujdą. Od tego czasu sondując dno nowych łowisk, nie omijam miejsc głębokich, zwłaszcza, jeżeli na dnie zalegają kolonie małż lub spotykane są raki. Z drugiej strony, zauważyłem, że w głębszych partiach rzadko zdarzało się złowić karpia mniejszego niż 6-7 kg. Tak więc, łowiąc głęboko mamy sporą szansę natknięcia się na okazałe sztuki.
Oczywiście nie we wszystkich jeziorach głębokie miejsca są odwiedzane przez karpie. Są wody gdzie poniżej kilku metrów praktycznie nie ma już warunków do życia, jednak w większości naturalnych jezior letni połów karpi w miejscach sięgających 6 –8 metrów nie jest niczym niezwykłym. Karpie mają tam pokarm, a przede wszystkim lepsze warunki tlenowe niż pod powierzchnią. Czasami, kiedy z niewiadomych powodów, nie możemy doczekać się na brania, warto spróbować łowić niekonwencjonalnie. Dość często skutkuje to niespodziewanymi sukcesami.