Baitboatmania jak by to słowo nie brzmiało idiotycznie, to w całości oddaje to, co dzieje się przed rozpoczęciem karpiowego sezonu 2011. W poprzednich latach obserwowałem bardzo podobne zjawisko, ale dotyczyło przede wszystkim namiotów, wędek i kołowrotków. Technika XXI wieku błyskawicznie dotarła jednak również do nas.
Jeżeli jeszcze ktoś się nie domyślił, to wyjaśniam, że chodzi mi o łódki zdalnie sterowane do wywożenia zanęt i przynęt (to informacja, dla tych, którym angielska nazwa bait boat nic nie mówi). W ostatnich tygodniach telefon rozgrzewa mi się do czerwoności od stałych pytań na temat rzeczonego sprzętu w stylu:. „jaką łódkę zdalnie sterowaną mógłbym polecić?”, „która łódka jest najlepsza”, „czy wiem jaka łódka ma najmniej reklamacji?”, albo zawsze rozbrajające mnie pytanie „proszę powiedzieć, jaką ja mam kupić łódkę”. No tak, jestem w kropce. Z zasadniczego powodu – żeby móc coś doradzać, trzeba na ten temat mieć niejakie pojęcie. Szczerze przyznaję natomiast, że akurat z łódkami na co dzień nie mam bliższej styczności. Owszem, mam bardzo starą łódkę producenta z Zabrza (bodaj pierwszego w Polsce), której od czasu do czasu używam. Swego czasu testowałem angielskie Vipery i Baitboaty, ale przecież w tej chwili na rynku jest taka ilość nowych modeli łódek, że tego nawet ogarnąć nie sposób. A żeby móc na ich temat coś powiedzieć, a przede wszystkim je porównać, trzeba by było zrobić testy. Kilku czytelników nawet prosiło o opis łódek w „Karp Maxie”, ale nie jest to łatwe przedsięwzięcie. Więcej na blogu Przemysława Mroczka pt. „Zapiski Felka Płetwy".